
Ostatnio po jednej z konferencji uczestniczyłem w kuluarowych rozmowach samorządowców z inwestorami. Prezydent miasta Nowej Soli opowiadał anegdotę o tym jak to stracił inwestorów ponieważ ci wybrali Wrocław. O wyborze lokalizacji przeważył głos tych managerów, którzy woleli miasto ”gdzie o pierwszej w nocy wyjdą na ulice i będzie tłum ludzi” i gdzie oferta kultury jest bardziej bogata.
W wielu polskich miastach brakuje czegoś co określić można jako kreatywne środowisko. W Polsce znane już są teorie autorstwa dr Charlesa Landry’ego, autora książki „Sztuka tworzenia miast” („The Art Of City-Making”) znanego eksperta Banku Światowego od rewitalizacji miast i metropolii, mającego na swym koncie 450 zrealizowanych projektów w blisko 50 krajach świata. W jego książce „Miasto kreatywne” („The Creative City”) pisze on że dla bogacenia się miasta nieodzowna jest twórcza atmosfera i podaje na dowód swej tezy wiele przekonywujących przykładów. Twórcza atmosfera przyciąga wg teorii dowodzonych na kartach jego dzieł kapitał ludzki, a w ślad za nim podąża kapitał finansowy.
Aby twórcza atmosfera w ogóle miała szansę zaistnieć, wymaga ona odpowiedniej twardej infrastruktury: deptaków, stref pieszych, terenów rekreacyjnych, ławek, fontann, kawiarni, klubów, ogródków kawiarnianych. Świetnym przykładem tej polityki jest Kraków, gdzie po prostu istnieje ogromna liczba tego typu infrastruktury, często bardzo atrakcyjnej, jak np. ogródków kawiarnianych i piwnych w pełnych zieleni podwórcach kamienic czy pełne ławek Planty czy Błonia. Wiele miast oferujących mieszkańcom zdegradowane, nieatrakcyjne, pozbawione roślinności przestrzenie miejskie już tej infrastruktury kontaktów międzyludzkich o dobrej jakości de facto nie posiada- są to co najwyżej wybiegi dla psów. Wg Landry’ego miasta te skazane są na upadek, ponieważ nie przyciągną kapitału ludzkiego.
Do tej infrastruktury zalicza się wg Landry’ego przede wszystkim infrastruktura miękka- oprócz instytucji zaliczają się do niej także normy i społeczne zwyczaje. Jedne z nich mogą przyspieszać rozwój, inne go blokować. Czynnikiem blokującym rozwój jest wg Landry’ego uprzedzenie do obcych (ksenofobia), a czynnikami wspomagającymi rozwój ”tolerancja, otwartość, zaufanie.”
Głównym z kluczowych warunków sukcesu metropolii jest kultura, będąca częścią infrastruktury miękkiej. Kultura przyciąga bowiem związaną z nią bohemę artystyczną, powoduje jej aktywizację. Kultura buduje twórczą atmosferę miasta. Tam, gdzie kwitnie życie kulturalne, ludzie chcą się spotykać, i rodzą się nowe pomysły. To bohema zaraża ludzi twórczą inspiracją, innowacyjnością, nonkonformizmem prowokującym zmiany. Miasta bez kultury zastygają w rozwoju. To za radą Landry’ego wiele miast żyjących w stagnacji zdecydowało się inwestować w teatry, muzea, galerie, festiwale, by ściągnąć bohemę i tworzyć atmosferę dla spotkań.
Duże korporacje międzynarodowe ze względu na swych pracowników wolą się lokować w miastach których otoczka kulturalna tworzy imidż miasta kreatywnego. Wybierają miasta w których sądzą iż znajdą bardziej kreatywnych, pomysłowych, utalentowanych pracowników. Kreatywność jest dziś jedną z najbardziej poszukiwanych cech pracowników. Ponadto chcą lokować się w miastach w których ich kadra będzie czuła się na tyle dobrze, by nie myśleć o zmienia pracodawcy i wybrania lepszego ośrodka.
Żyjemy w czasach postmodernizmu, sztuki minimalistycznej. To okres w którym popularne są inne, bardziej postmaterialistyczne i mocno zdywersyfikowane koncepcje życia. Dawne religie zastępuje wyznaniowy patchwork- indywidualny zlepek fragmentów różnych wyznań. Kultury zazębiają się, przenikają się mieszając się w podobnym stopniu jak religie.
Inwestorzy, szczególnie ci zagraniczni, poszukują ośrodków w których nie napotkają wrogości dla swego odmiennego trybu życia, innej wiary czy zwyczajów. Poszukują ośrodków o rozbudowanym i różnorodnym życiu kulturalnym- i preferują te z ulicami pełnymi ulicznego gwaru i pełnych ogródków kawiarnianych od miast z wymarłymi centrami zdegradowanymi np. nadmiernym ruchem samochodowym, miast których mieszkańcy nie znają innych kultur, są ksenofobicznie nastawieni do obcych.

Leeds położony na północy Anglii może być przykładem miasta które przez moment było klubową stolica kraju, do dziś jest mekką dla fanów imprez muzyki klubowej tej części kraju i jednocześnie jest trzecim centrum finansowym Królestwa. Niedawno wybrano go najlepszym brytyjskim miastem do prowadzenia biznesu. Wielu managerów jeździ nawet z Londynu na imprezy w tym mieście. Co wieczór dzieje się kilkadziesiąt imprez klubowych, nie wspominając o pozostałej ofercie.
Miasto podkreśla na każdym kroku swoją wielokulturowość. Symptomem tego może być np. przyjazny stosunek do rastafarian tworzących większą część sceny muzyki klubowej tego postindustrialnego miasta objawiający się nawet w chronieniu ich imprez, korowodów czy festynów przez miejscową policję, rzecz zupełnie nie do pomyślenia w Polsce. Utrzymuje się centra w których lokalni muzycy mogą profesjonalnie nagrywać swoją twórczość, promuje dj-ing udostępniając nawet wszystkim chętnym do nauki sprzęt didżejski na specjalnych stoiskach ustawianych podczas różnych imprez masowych. Dzięki udostępnieniu tego kosztownego sprzętu młodzież ma szansę zaznajomić się np. z techniką odtwarzania muzyki z płyt winylowych. Kulturę wspiera się całościowo, zaczynając od samych podstaw. Miasto wydało wiele zespołów o światowej sławie, np. Iration Steppaz, Chumbawamba, Forward Russia.
O ile wielokulturowy Wrocław jest polskim przykładem miasta skutecznie przyciągającego kapitał ludzki i finansowy, o tyle tego antyprzykładem jest Zielona Góra. Miasto traci mieszkańców, szczególnie tych młodych. Aż jedna trzecia ankietowanych osób do 30 roku życia wyraziła niezadowolenie z mieszkania w nim, jedna czwarta za główny mankament miasta uznała brak oferty kulturalnej ich interesującej, stawiając kulturę nawet ponad rynek pracy, bardzo nieatrakcyjny w tym dziś niemal całkowicie pozbawionym przemysłu mieście.
Aż 66 % osób do 30 roku życia mocno lub bardzo mocno doskwiera słaba oferta kulturalna lub jej brak. 36 % osób poparło tezę iż jeśli chodzi o kulturę, to w mieście jest fatalnie, osoby te nie mają gdzie się udać i nudzą się. Co czwarta osoba wyjeżdża raz w miesiącu i częściej poza to miasto w celu rozrywki. Również co czwarta osoba planuje opuścić to miasto gdy tylko będzie mogła, 30 % pozostałoby w nim gdyby miało takie same możliwości pracy i rozrywki jak w innych miastach. Dalsze 30 % rozważa taką możliwość. Jedynie 16 % osób ankietowanych nie zamierza opuścić tego miasta. Ocenę ankietowanych na temat ilości osób które już opuściły to miasto przedstawiono w tabeli 1. Są to dane szokujące, ale podobne symptomy jak w Zielonej Górze występują w wielu innych miastach kraju.
W Zielonej Górze dodatkowo kryzys kulturalny pogłębiają znikome nakłady na kulturę (na tą bardziej współczesną i popularną muzyczną czy taneczną część kultury przeznaczono jedynie 77 tys. PLN z ponad 300 mln budżetu miasta), podczas gdy gro z kilku mln środków na kulturę przeznaczono na finansowanie etatów pracujących w domach kultury. Miejskie placówki kultury są obsadzone przez osoby niekompetentne, nie potrafiące współpracować z osobami czy organizacjami z zewnątrz. Dla przykładu, ustosunkowanie się do propozycji reaktywowania festiwalu reggae w Zielonej Górze zajęło osobom odpowiedzialnym za miejską kulturę ponad półtora miesiąca. Uzyskanie jakiejkolwiek odpowiedzi, nawet negatywnej, wymagało licznych ponagleń. Miasto ongiś organizujące festiwal o międzynarodowym zasięgu (Festiwal Piosenki Radzieckiej) dziś nie organizuje nic poza niewielkim koncertem coverów przebojów sprzed lat. Tamtejszy amfiteatr przez długie lata był ruiną, niedawna inwestycja w jego remont była nietrafiona: do dziś nie zadaszono go co uniemożliwia przeprowadzanie w nim imprez o większym budżecie z uwagi na ryzyko niepogody.
Władze tego miasta poleciały dodatkowo w 2007 roku zrywać wszystkie plakaty z muzyką klubową, pozostawiając jedynie możliwość rozplakatowywania imprez na słupach odpłatnie oblepianych przez mający monopol miejscowy ośrodek kultury i nie udostępnił bezpłatnych słupów i tablic tak jak to czynią inne miasta. Wysoki koszt typowego rozplakatowania (od 200 do 400 PLN) powoduje dalszą zapaść życia kulturalnego Zielonej Góry. Dodatkowo do tego dochodzi represyjny stosunek tamtejszych władz do np. do rastafarian, także i w tym mieście tworzących lwią część oferty muzycznej.
Centrum Zielonej Góry wieczorami wymiera, brak jest przechodniów, tego tłumu tak widocznego wieczorami np. w centrum Wrocławia. Nieliczni managerowie klubów mają wytaczane procesy sądowe za zakłócanie ciszy nocnej. Brakuje dzielnicy rozrywki, nieliczne kluby wyniosły się na przedmieścia czy nawet poza administracyjne granice miasta. To miasto nie ma nawet parku z prawdziwego zdarzenia ani salonu towarzyskiego w postaci ogródków kawiarnianych czy piwnych. Nawet jeśli nieliczne takie przybytki istnieją, są one otoczone brzydkimi budynkami i ulokowane w pozbawionym zieleni, zaniedbanym, od lat nie remontowanym centrum miasta wyłożonym płytkami sprzed 40 lat. Zielona Góra jest dobrym antyprzykładem „sztuki tworzenia miast” wg Landry’ego.
Tabela 1. Odpowiedzi ankietowanych młodych mieszkańców Zielonej Góry na pytanie „Oceń procentowo, oszacuj jaki procent twoich znajomych opuścił to miasto?”
1) 27.39% [43] 30-49%
2) 25.48% [40] 10-29%
3) 19.11% [30] 50-70 %
4) 17.83% [28] Poniżej 10%
5) 8.92% [14] Powyżej 70 %
Źródła:
[1] Witryny internetowe www.charleslandry.com oraz www.comedia.org.uk
[2] Badanie jakości życia osób młodych w mieście Zielona Góra, wyniki ankiety on-line:
http://www.ankietka.pl/wyniki/1030/zobacz.html[3] Żakowski Jacek, Edwin Bendyk „Miłuj geja swego” w tyg. Polityka, 23/2005 (2507)
Jest 16.35 w piątek. Na pierwszym programie rządowej telewizji „publicznej” TVP leci trzytysiącetrzystasiedemdziesiątysiódmy odcinek jakiejś idiotycznej telenoweli, do której głos doczytuje z kartki jakiś lektor. Film to jakiś serial klasy B, opera mydlana w której aktorzy do znudzenia powtarzają te same kwestie.
Awangardą bynajmniej nie są
Polska telewizja publiczna. Nieprofesjonalna, upolityczniona, tuba każdej rządzącej opcji politycznej. Szumnie nazywana „publiczną”, choć w istocie jest telewizją rządową. Jest to kanał który równa w dół, zaniża standardy obowiązujące na rynku. Dziennikarze sprawiają wrażenie jakby ich wiedza ogólna zakończyła się na poziomie podstawówki albo szkoły średniej. Od lat głos do filmów czytany jest przez lektora z kartki- rzecz typowa w zasadzie tylko dla najbiedniejszych krajów trzeciego świata. To takie natręctwo ekipy stacji która zastygła w rozwoju.
TVP to stacja której kanały w powszechnym mniemaniu młodego pokolenia ma się za przeznaczone dla osób starszych, osamotnionych, zaściankowych mieszkających na prowincji. Oglądają je osoby w wieku emerytalnym lub przedemerytalnym. Patrząc po młodszych pokoleniach, szczególnie w dużych miastach, widać dominację nowych mediów, takich jak komunikatory, radia internetowe, społeczności internetowych opartych o technologię Web 2.0. W tych środowiskach generalnie już panuje inna kultura, mentalność, światopogląd, który od mentalności i światopoglądów prezentowanych przez TVP dzielą może i 2 dekady różnicy pokoleniowej. TVP nie jest bynajmniej żadną kulturową awangardą.
Jakoś zawsze oburzało mnie oglądanie filmów dokumentalnych produkowanych przez tą stację. Wyzierała z nich niekompetencja i niski poziom intelektualny ich twórców. Filmy te miały naiwnie moralizatorski, pouczający ton, co było bardzo irytujące dla potraktowanego jak głupka widza. Dotyczyły też zwykle niczego ciekawego. Jeśli idzie o misję edukacyjną, produkcje na kanałach tej stacji są na poziomie żenującym.
Dziś na agendzie
Programy informacyjne TVP to majstersztyk politycznej propagandy. Nie ma sensu powtarzać tajemnicy poliszynela: TVP „odcedza” informacje, układa agendę. A to właśnie poprzez strategiczny dobór agendy, wypromowanie jednych informacji a zminimalizowanie czasu poświęconego na inne, manipuluje się widzami. Przecież tak działają media: w jednej gazecie dana informacja jest na pierwszej stronie, w innej na 10-tej. Klops w tym, że media publiczne powinny być obiektywne.
Dziennikarze TVP stosują proste techniki manipulacji- potrafią np. sfilmować „niewygodnego” mówcę z żabiej perspektywy aby wyszedł on niepoważnie, co jest jednym z typowych zabiegów telewizyjnej manipulacji. Co jakiś czas słychać o różnych aferach w związku z cenzurowaniem informacji przez redaktorów telewizyjnych serwisów informacyjnych, a nawet o ocenzurowaniu reklam politycznych. To nie dziwi- w Polsce, podobnie jak w Rosji, wolność słowa panuje jedynie w gazetach dla inteligentów. Masy do wolności słowa mają niewielki dostęp.
Wielka społeczna misja
TVP 1- spójrzmy w piątkowy program. O 16-tej opera mydlana której przerażająca nielogicznością i nierealnością akcja toczy się na tym kanale od dobrych kilku lat, później pospieszny, ekspresowy program informacyjny ongiś realizowany przez młodych dziennikarzy, ale dziś już przez starszych panów (tak, to są ci sami, ale czas płynie nieubłaganie), później nieśmieszny, nudny i nijaki serial komediowy dla osób około 50-tki. Następnie teleturniej muzyczny ze starymi szlagierami sprzed lat. Po nim zaplanowano emisję serialu obyczajowego, a na wieczorynkę dzieciom „smerfuje” się nieśmiertelne Smerfy, bajkę sprzed bodaj dwóch dekad. Później następuje majstersztyk propagandy prawicowej dyktatury: serwis informacji dokładnie wybranych i ułożonych w nieprzypadkowej kolejności, opatrzonych „obiektywnymi” komentarzami. Następne pół godziny programu zajmują rzeczy bliżej niesprecyzowane, zapewne reklamy proszków i dezodorantów, a o 20.20 zaczyna się piątkowe kino akcji (film „Dom latających sztyletów”), po którym zaplanowano kolejny film, dramat wojenny.
Całość „mającej wielką misję społeczną” oferty telewizji publicznej jest bardzo ambitna- płytkie i naiwne seriale, opery mydlane przeplatane powierzchownymi do bólu programami informacyjnymi których obiektywizm jest powszechnie podważany. Całość okraszono filmami akcji i wojennymi.
TVPlebs?
Patrząc na ofertę tej stacji, warto zadać pytanie, czym jest dziś telewizja „publiczna”? Jest ni mniej ni więcej telewizją komercyjną, która, jeśli realizuje jakieś cele niekomercyjne i ambitne, to bynajmniej nie robi tego w prime-time, czyniąc takie produkty niedostępne gronu śmiertelników mogących oglądać telewizję jedynie w prime-time i jedynie naziemnie.
Wydaje się że TVP generalnie postarzała się wraz ze swoimi widzami. TVP ani też wszystkie inne media publiczne w Polsce nie oferują niemal niczego dla odbiorców w wieku licealnym i studenckim. Nie wszędzie tak jest, czego przykładem jest brytyjski BBC 1Xtra, kanał mający format urban contemporary, co oznacza takie nurty jak hip hop, reggae, ragga, gospel, RnB, soca, drum and bass, jungle, grime czy dancehall. W Polsce są one praktycznie nieobecne w rządowych („publicznych”) mediach, choć to przy nich bawi się dziś na parkietach.
…czy TVPlebania?
Współczuć należy tym niezamożnym odbiorcom, którzy zmuszeni są do polegania jedynie na, co tu dużo mówić, ogłupiającej i żerującej na żenująco niskich instynktach ofercie TVP. Osoba wychowana na TVP nawet nie usłyszy współczesnej muzyki tanecznej ani nie zapozna się ze współczesnym stylem życia, tym samym który powoduje że młodzi Brytyjczycy spędzają całe noce tańcząc w klubach, zarobki przeznaczają na imprezy, mówią niezrozumiałym „lingo”, masowo biorą miękkie narkotyki, uprawiają dziwne sporty oraz płacą fortunę za japońskie dresy w kolorowe małpki czy inne pstrokate ubrania jakie ongiś nosiły tylko małe dzieci. Wizyta na wybitnym brytyjskim uniwersytecie nieco dziwi- studenci generalnie z ubioru przypominają skejtów, w Polsce studentów tak się ubierających jest mniejszość.
Być może o niedopuszczenie do takiego obrotu sytuacji chodzi. Są to wszak zmiany wywołane mieszaniem się kultur i religii, powodujące laicyzację, a raczej „odkościelnienie” się społeczeństw, w których religie jednostek są coraz bardziej zlepkami różnych systemów wierzeń. Taki obrót sytuacji z wiadomych powodów nie podoba się elitom nowej dyktatury o fundamentalistycznym, skrajnie katolickim zabarwieniu. Osobom z żyłką detektywa nasuwa się przy tym zapewne rzymska maksyma prawnicza: is fecit, cui prodest - ten zrobił, komu to przynosi korzyść. Oskarżycielski palec kieruje się na największą organizację wyznaniową tego kraju, która, chcąc się odciąć od narzucających się w toku logicznego rozumowania oskarżeń, winna zdecydowanym tonem odżegnać się od wielu praktyk niedawnej quasi-dyktatury, wyświadczającej Kościołowi możliwe że i bardzo niedźwiedzią przysługę.
Grupa docelowa
To są jednak tylko domysły. Patrzymy wszak na kanał telewizyjny tworzony jakby przez adeptów co najwyżej szkoły średniej, przeznaczony dla czytelników „Faktu”. Patrząc na ofertę TVP, można wysnuć opinię o twórcach tego kanału, ba, nawet mieć pewne konkluzje o gustach i poziomie nowych elit obecnej prawicowej dyktatury. Z BBC nie ma sensu tego nawet porównywać, tego dnia w prime-time BBC 1 leci i dokumentalny, i ambitne, raczej wyuzdane intelektualnie seriale, np. z życia pary aktorów teatralnych. BBC potrafi też zaskoczyć i zatrzymać widza w publicystyce- zestawia się ministra „od wojny” z działaczką pacyfistyczną „z dołów”, zupełnie spoza dworu, spoza elit władzy. Na BBC1 dziennie wypada średnio po 6,8 godziny programów informacyjnych, 5 godzin dokumentów i naukowych, 2,8 godziny wypada na seriale, po 1,8 godziny na film, sport i programy dla dzieci. Na rozrywkę przypada godzina i kwadrans, na sprawy bieżące 43 minuty, średnio przypada też po 15 minut na programy o religiach oraz o sztuce. BBC 1 występuje w kilkunastu mutacjach regionalnych, wręcz niekiedy mających częściowo odrębny program.
BBC 1 to telewizja robiona przez inteligentów. Dla inteligentów. Tak, to zaskakuje- po poznaniu setek typowych Brytyjczyków można o błyskotliwości tego narodu wyrobić sobie znacznie niższe mniemanie niż o generalnej błyskotliwości Polaków. Mimo tego, to właśnie my mamy infantylną telewizję dla osamotnionych kanapowych ziemniaków uzależnionych od seriali, filmów z głosem doczytywanym z kartki i rozrywek na niewymagającym poziomie. Jak mogliśmy dopuścić do czegoś takiego dokonywanego wobec naszych współrodaków?
PS. Dziękuję 80-letniej pani Melanii której gusta serialowe i słaby słuch zmusiły mnie wbrew mojej woli do zwrócenia uwagi na ofertę stacji TVP.
Literatura:
BBC Annual Report and Accounts 2005/2006. BBC Trust. Str.144. On-line na www.bbc.co.uk.

We do not live in a free market economy, neither have I ever lived in a planned economy although they called it so. Both economic systems are radical extrema that never occur in a pure form.
We all live in a mixed economy. Economy, that is a mixture of free market and state planning. Where state creates frameworks for market economy. But what if it defines border of its framework in a wrong place? Can everything go wrong? And what if it did? What if most aspects of our life: the question where we live, where we shop, how we travel, whom we met, is determined by an economic process that went out of control? What if most of the world could look completely different if…If only one small piece of economics would be put to its place.
If only.
I was born in Zielona Góra - a pre-war garden city at the Polish-German border. When I was small, there was only one car- the cab with a number one on its side. But soon the whole communist system collapsed and new reality begun. Rail lines and busses, once dominant modes, radically reduced their service. Within a decade an idyllic garden city turned into a typical car-based drive-through city with roundabouts and dual carriage ways. As the town is properly planned, I still do not need a car: the centre to fringe distance takes only 15 minutes walk. Such well designed towns are exceptional around the world, but even they also fade away quickly. Everywhere cities sprawl. Even Zielona Góra has to grow, and the dense ring of surrounding forests that encapsulated the growth of the city for several decades has to go. Such things happen everywhere around the world, the only difference is that people treat it differently.
In 2005 I started to do my research on urban economics. I thought that some research was done earlier in this area and I would have some starting points, but there was nearly nothing. No one earlier tried to ask, what would occur if road users would have to pay for the land take in central urban areas. I cannot name one town around the world, where any sound economic rules would determine the transport system, and also the city growth that results from the pattern of transport.
Assume we can do two things with a piece of land. We can either turn it to a road, or use it commercially. We have to create a basic network of roads to assure basic needs, but what happens if we provide too much of road space? Well, someone has to pay for the land rent, that otherwise would be earned if this piece of land would be used commercially.
Wrocław, a large town in Bas Silesia, Poland. The only vacant piece of land in its medieval city centre is priced at 29 thousand zloty per square meter. If car users would like to use the Wroclaw’s medieval centre to commute to a workplace and occupy the land there, they would have to pay approx. 7 zloty per each square meter used, 4 zloty per each hour spent by car in the centre and roughly 50 zloty for a daily commute. Tram fare is 2 zloty. You could probably dispute with how I apportioned the costs, but imagine that in Wroclaw city centre car users do not face any charges for the use of so precious space. Excessive demand for road space is so high, that city authorities demolish beautiful art-nouveau housing in order to make road widening possible, for example to bypass of an older, already congested bypass. And they follow a pattern that we know from overseas.
What happened in the United States? As the motor car era appeared in early 1920-ies, it was not bounded to any economic rationale except for taxing income. As taxpayers paid, authorities got the funds to widen the roads. Unfortunately, it was the public authority who owned the road, and not the private owner. If roads were private, owner would ask the users to pay, so that he could outbid the commercial use of land. Especially in the city centres, where the demand for roads is the greatest and the land the most scarce, they would have to pay a lot. If state authorities invested, they were not bounded by any rationale. So they invested more and more, as users demanded more roads. In Europe such policy was not possible for example because of heritage considerations, or because of delay in the spread of mass motorization, that entered Europe half a century later than in USA.
If You looked on road infrastructure of cities around the world, You would observe billions of badly invested state funds. Roads were built, that under normal conditions could not emerge due to high costs needed to outbid commercial land use. Car users, if faced the real costs of land they consume for their commute, could have diverted to other, land-efficient transport modes instead of using expensive mass motorization.
All over the world the word “development” is understood as building roads, and giving more urban space for private cars. I was told that You won’t find nowadays anymore bicycles in China’s central cities. You look for reasons of global warming, but look on You, what kind of pattern to follow You give to other developing countries? To countries, where democracy and freedom of speech is rare, and where it is mostly not possible to dispute with such a vision of development? In countries, that have other problems than some new economic process in which economic activity diverts from city centres and explodes in the suburbs, often ruining the domestic enterpreneurs. Some retail multinationals know exactly when to arrive into a developing country: when the car ownership reached a certain level.
Congestion pricing, an anathem in contemporary transport economics, interestingly is not at all linked to land costs, and it is disappointingly only a small part of the problem. Congestion pricing looks only at private costs that users face when cueing in a traffic jam. It is a pity, that no one paid sufficient amount of attention to the most important factor that shapes the cities: land values. In a new, less imperfect economic system, people would have to pay for the public space they use for moving around, as for every scarce resource. In the suburbs the infrastructure would cost very little, as the land values there are low, but this cost would be rising significantly as the distance to the city centre goes down.
If we assume pricing systems that are more efficient in economic terms, users would not have to pay anything for the use of roads until this infrastructure gets saturated. Then, they would have to pay compensation to the users that can reschedule their trip or not travel at all. The road could be widened only if users will outbid commercial use of space in particular place. Given the financial stream needed to outbid commercial use of land in central areas (even in Wrocław it adds up to 278 thousand zloty daily for a kilometer of single lane), it is very improbable that cities would develop in the way they do nowadays. I would say that given the real costs of car usage, we would speak of a completely different world: of world based on trains, trams, busses, cabs, bikes. And… walking. Human scale of cities, gone in the 1960-ties, would return. If only…
I would blame the rampant state interventionism of 20-th century governments for the whole evil of 20-th century transport systems. “Economic dictators” that decided on transport investments mostly missed the fact that cars are not zero-sized. That they consume space, and this space causes the cities to grow even more to make place for them. Each car needs even four parking lots daily (one at home, and three at other destinations). It all adds up. Our car can consume more space than we do. And he does it for free, at least it seems so, even if such free lunch does not exist.
I have not finished my research. However, I would like to warn, that we move along a path that in my opinion already decades ago missed the proper way of development. You should have asked US car users to pay already 80 or 90 years ago. Now it is not a decade too late, it is a whole century. But there is still a lot to do in countries that just enter this path of development.
Believe me, the world would look differently. If we paid for the road use as much as it really costs.
Do tej pory Seattle kojarzyło mi się z Jimi Hendrixem i Kurtem Cobainem.
Zaskoczył mnie Sebastian prezentacją inspiracji swojej magisterki - Seattle Green Factor (SGF). Dla niewtajemniczonych to parametr wprowadzony w tym mieście prawem lokalnym, służący do kształtowania przestrzeni publicznej w sposób przyjazny naturze i ludziom. Gdzie chlorofil i O2 rulez...
Odsyłam do sznurka: http://www.seattle.gov/dpd/Permits/GreenFactor/
Tymczasem Seba chce wykorzystać SGF w projekcie zagospodarowania fragmentu Przedmieścia Świdnickiego we Wrocławiu (w tym placu przed dworcem głównym PKP). Ciekawe jaki będzie efekt finalny?
Dziś, 2 marca 2008 roku w ramach oddolnej inicjatywy o wspólny ekologiczny blog zebrano listę adresów autorek i autorów zainteresowanych prowadzeniem wspólnego bloga. Jeszcze w czasie trwania spotkania blog został uruchomiony i wymyślono świetną nazwę dla niego. Pod koniec kongresu zaproszenia otrzymali pierwsi chętni. Obecnie pracuję jeszcze nad dodawaniem kolejnych zgłoszeń. Tych którzy już je otrzymali, zapraszam do dodawania postów.
Adam