Otworzyłem rozkładany stolik w moim siedzeniu lotniczym i zabrałem się za pisanie. Pociąg hamuje tak mocno, że wbija mnie w fotel. Nie rozumiem, czemu nie mamy w Polsce takiej kolei. Czemu prawie w ogóle nie mamy kolei.
Stacja Stendal. Nasz rozpędzony do jakichś 200 km na godzinę pociąg Intercity zjechał nagle z nowocześnie wyglądającej linii kolejową na jakiś boczny zjazd. Nagle jedziemy zwykłymi torami wzdłuż zwykłej szosy. Wjeżdżamy na Stendal, stację węzłową, którą główna linia omija wielką niedawno zbudowaną obwodnica kolejową. Wjeżdżają na nią już tylko pociągi Intercity i wszystkie mniej ważne, a superekspresy objeżdżają ją bokiem.
Polska się diametralnie zmieniła, miasta takie jak ich gwałtownie się wyludniły z młodych elit emigrujących do wielkich metropolii, gdzie tętni życie kulturalne.
Tutaj zaś umieralnia, lokalna kultura to „konkurs na rysunek satyryczny” na temat lokalnego Dnia Jagody. Był skłot, aktywny na polu kultury i ściągający mnóstwo międzynarodowej renomy zespołów, ale właściciel zażyczył sobie udostępnienia zrujnowanego budynku, młodzież pokornie się wyniosła, nie tylko z budynku ale i z miasta. Lokalni artyści: muzycy, graficy, didżeje, malarze, rozjechali się po kraju i kontynencie.
Ernest Skalski pisząc o polskiej polityce lekceważy znaczenie systemu finansowania polityki w Polsce. Tkwimy tymczasem w systemie w którym 4 ruchy polityczne dotowane z budżetu dysponują środkami na kampanie wyborcze, a cała reszta- nie. Wyjątkiem jest tutaj Stronnictwo Demokratyczne, które może spieniężyć kilka kamienic- i tylko dlatego jest traktowane jako potencjalny gracz na polskim rynku politycznym oraz przyciąga zbiegów z innych partii.
W systemie demokratycznym partie mają mniej-więcej równe szanse. Nowopowstałe ruchy nie są dyskryminowane. Wzorem może być system finansowania polityki w RFN. System finansowania polityki z budżetu obowiązuje już na poziomie wyborów w landach. Wystarczy 5 tysięcy głosów w jednym tylko okręgu by zdobyć prawo do dotacji z budżetu i środki na rozwój. W Polsce, aby przekroczyć próg uprawniający do otrzymania wsparcia z budżetu, należy przekroczyć próg 3 % głosów, czyli zdobyć 490 tysięcy głosów w skali kraju (wg danych z wyborów roku 2000).
Miałem przyjemność być na imprezie z polskimi dziennikarzami, tymi z tytułów które szczycą się obroną wartości demokratycznych, i takoweż hasła wypisują na swoich sztandarach. „Ależ demokracja to rządy głupków” zawył około 2 nad ranem jeden z tego niby liberalnego i postępowego grona. A ja odniosłem wrażenie ze jako obrońca demokracji jestem w owym warszawskim towarzystwie dość odosobniony.
W Polsce nie wiem czy kiedykolwiek istniała demokracja. Jeśli popatrzymy wstecz, około roku 1993 czy 1992, okazuje się że w zasadzie „obrońcą demokracji” była Gazeta Wyborcza, która jak się bardzo wielu przekonało, bynajmniej nie jest ani nie była otwarta na wiele środowisk- czy to liberałów gospodarczych, czy to obyczajowych (naonczas temat homoseksualizmu był nie do pomyślenia) czy też wreszcie różnych odmian konserwatystów. Gazeta ta powstała zresztą dzięki przydziału papieru przez władze komunistyczne, była taką ”opozycją koncesjonowaną”.
Na ostatniej debacie o demokracji (we wtorek 21 kwietnia) pewien pan z „Jednoosobowej Partii Liberalnej” postawił tezę dość kontrowersyjną jak na środowisko domagające się innego systemu finansowania (kilkukrotnie niższych progów) dla partii politycznych. Otóż stwierdził on że w wielu takich środowiskach politycznych nie ma pewnej krytycznej ilości zdeterminowanych osób po osiągnięciu której partia jest tak duża że jest w stanie zdobyć władzę. Nie macie 100 zdeterminowanych osób- powiedział to w twarz siedzących wokół niego przedstawicieli różnych pozaparlamentarnych ruchów politycznych.
Ostatnia debata o demokracji ujawniła wiele ciekawych faktów. Oto PO przymierza się do stworzenia w ramach istniejącej ordynacji wyborczej tzw. okręgów trzymandatowych. Grzegorz Schetyna ma podobno odpowiadać za ów program tworzony przez jego MSWiA. Okręgi mają być tak skonstruowane, by zdobywano z nich po trzy mandaty. W ten sposób pozbytoby się np. wpływu mniejszości wyznaniowych i w ogóle możliwości budowy przez te grupy ich własnego środowiska politycznego.
Pojawiły się opinie iż próg 5 % rzekomo uprawniający do zdobycia mandatu jest w praktyce fikcją. Aby uzyskać mandat z typowego okręgu należy uzyskać po kilkanaście procent poparcia, nierzadko 20- 30 %. Dopiero silna pozycja w danym okręgu, ba, silna pozycja w szeregu okręgów może się przełożyć na ów mniejszościowy wynik 5 % w skali całego kraju.
Opcja na ‘lewo od PO’, czyli centrowa, liberalna i socjaldemokratyczna to w polskiej polityce siedlisko kanapowych partii i partyjek, w ogóle nierozeznanych w polityce. To jakieś naiwne mrzonki marzycieli, to brak profesjonalizmu i zwykłej wiedzy, którą można nabrać choćby z uczestnictwa w polskiej blogosferze i kontemplowania wielkości coponiektórych środowisk.
Ci ludzie, zamknięci w swoich wieżach z kości słoniowej, nie mają większej styczności z realem. Niektóre ruchy są malutkie, działa w nich ledwie kilkanaście osób, ale są prowadzone przez osoby tak zadzierające nosa, że aż rysują nim sufity.
W jednym z tygodników aspirujących do miana pisma inteligentów opublikowano Dziesięć przykazań ekologicznych”. Wyłączaj żarówki gdy nie są ci potrzebne, wymień uszczelki wkranach żeby nie marnować wody, i takie tam. Ale najważniejszego przykazania nieopublikowano. A szkoda.
Jakie jest to najważniejsze przykazanie ekologiczne? Jak najmniej kupuj! Nie kupuj rzeczy niepotrzebnych. Zastanów się czy to, co chcesz kupić, jest ci naprawdępotrzebne. Pomyśl, że piętnasta para butów, ósma kurteczka, pięćdziesiąta koszulka – to kawałki planety. To wydarte kawałki życia. Oczywiście tego przykazania żadne pismo nie opublikuje, bo z dnia na dzień straciłoby reklamodawców i tym samym zniknęłoby z powierzchni ziemi zmiecione skuteczniej niż przez tajfun. Co miałoby zresztą pozytywny ekologicznie skutek - oszczędziłoby trochę papieru i farby. Z czego wynika kolejne przykazanie ekologiczne: nie kupuj tygodników.
Przed poprzednimi wyborami dla jednego z ruchów przygotowałem plan transportowy dla Mazowsza i Warszawy. Oczywiście wybory wygrywa nie ten, kto ma lepszych doradców, ale ten, kto ma pieniądze na dotarcie do wyborców ze swoim programem, co jest drogie (koszt ok. kilkudziesięciu groszy na jednego wyborcę, co w skali dużego województwa wyrasta do 2-3 mln PLN). Wynik więc jest znany- tajemnicą poliszynela jest ze kampanie do samorządu wojewódzkiego 4 dominujące partie finansują z dotacji z budżetu państwa (kilka do kilkadziesiąt mln rocznie). Przykry jest brak demokracji- wiele ciekawych rozwiązań mogłoby poprawić egzystencję ludności i umożliwić dyfuzję rozwoju z centrum do regionu.
Suburbanizacja, często nazywana opuchnięciem miast, urbanizacją rozlewającą się albo urban sprawl to proces rozlewania się miast w większe obszary mniej intensywnej urbanizacji z równoczesnym definitywnym przemieszczeniem się aktywności ekonomicznej z centrum miasta na jego peryferie. Proces ten rozpoczął się w II połowie XIX wieku wraz z rozwojem transportu szynowego, który umożliwił zmniejszenie kosztów transportu do poziomu umożliwiającego migrację z centrum miasta na lokalizacje podmiejskie, gdzie cena gruntów jest znacznie tańsza niż w centrach miast. W latach 1850- 1920, wraz z upowszechnieniem się tego rodzaju komunikacji powstały pierwsze przedmieścia narosłe wokół systemów komunikacji szynowej. Liczyły one najczęściej 5-6 tysięcy mieszkańców i były naturalnie ograniczone odległością od stacji kolejowej lub przystanku tramwaju, pokonywaną najczęściej pieszo.
Wraz z gwałtownym rozwojem motoryzacji w Polsce w ciągu ostatniego dwudziestolecia pojawiły się dość poważne problemy wywołane przez rozwój tego środka transportu. Długofalową zmianą jaką powoduje niekontrolowany rozwój tej gałęzi transportu to problemem suburbanizacji, rozprzestrzeniania się miast.
Fot. Motoryzacja masowa w Utah, w USA, cc wikimedia
Co się obecnie dzieje z miastami? Zaczynają się nadnaturalnie powiększać, możnaby powiedzieć że "pęcznieją" w wyniku powstawania nowych aktywności na jego obrzeżach. Tracą ludzką skalę, w pewnym momencie takie rozrzedzone miasto staje się niemożliwe do pokonania piechotą. Czy widać pieszych na przedmieściach? Nie. Ponieważ odległości są tu zbyt duże, a obsługa komunikacją zbiorową niewystarczająca z uwagi na niskie potoki pasażerskie.
Jako ekonomista miast i regionów z zaciekawieniem obserwowałem debatę nad rozwojem Rzeszowa. Widać było wielkomiejskie aspiracje. Warto je przekuć w czyn, bo demograficznie Rzeszów może być aglomeracją. Może, ale nie musi. Aby to się spełniło, potrzeba przede wszystkim jednej rzeczy- sprawnego systemu taniego transportu, dzięki któremu taka aglomeracja ma szansę powstać. Na razie sprawę blokuje pewna postkomunistyczna struktura, i nie widać by władze regionu zechciały to zmienić. W Rzeszowie ściera się przywieziona przez emigrantów ze Stanów Zjednoczonych wizja miast- suburbiów, tych niekończących się przedmieść pokrytych siecią ulic, miast w których funkcje centrum spełnia galeria handlowa gdzieś na przedmieściach. Ta wizja, traktowana jako normalny efekt rozwoju miast, ściera się z tradycją współczesnych miast europejskich. Te miasta, w przeciwieństwie do bazujacych niemal wyłącznie na samochodzie osobowym miast amerykańskich, mają żywe, pełne kultury, pełne życia centra, ulice pełne przechodniów których nie dostrzeżemy na dostosowanych dla skali samochodu układach ulic miast amerykańskich.
Moja propozycja przedłużenia sieci metra- po torze technicznym. Koszty niewielkie, a dodatkowo odciążenie zakorkowanej Puławskiej.
Od około 2000 roku walczymy o ocalenie tej linii kolejowej będącej unikalną w skali kraju koleją miejską, pozostałością zlikwidowanej podmiejskiej trasy do Szprotawy. Niestety, Gazeta Wyborcza dodatek zielonogórski przeprowadziła ogromną akcję na rzecz rozbiórki linii cenzurując wszelkie argumenty przeciwników. Słowem nie wspomnieli o rozlicznych propozycjach reaktywacji linii.
Zdjęcia: Michał, Marcin, materiały fotograficzne cc wikimedia, PTTKraj. i M. Toporowicza
Link bezpośredni do filmu.
http://www.youtube.com/watch?v=Z0f4iCrEkks
Szanowni Państwo,
Pisali Państwo jakiś czas temu tekst „Świeża krew?” o finansowaniu partii politycznych. Jako winę braku nowych ruchów podali Państwo: „Dla wyborców jest więc oczywiste, że na razie na politycznym rynku nie pojawiła się nowa, atrakcyjna i oryginalna oferta. I nie pieniądze są tutaj winne.”
Pisali Państwo też: „LPR i Samoobrona weszły na polityczne salony, nie mając grosza przy duszy. A potem, gdy już zyskały prawo do atrakcyjnych budżetowych subwencji, przegrały wybory z kretesem”.
Państwo nie rozumieją pewnych rzeczy, dla kogoś chcącego dokonać zmian w tym kraju, oczywistych. Rozliczne ruchy polityczne, a przyznam się tkwić w kilku, nie mają pieniędzy na ulotki i ich kolportaż, na wydawanie własnych czasopism propagujących dane idee. Jest to działalność do której trzeba dokładać. Ja sam zaniedbuję pracę, tracę moje prywatne pieniądze pisząc list do Państwa.
W innych krajach tak nie jest. Na rozlicznych spotkaniach dystrybuujemy ulotki pokazujące liczbę beneficjentów subwencji dla partii politycznych w Polsce i w RFN. W Polsce jest to bodaj 4 czy 5 komitetów wyborczych, w RFN- aż 20.
Socjolodzy, proszę Państwa, badają przyczyny dla których ludzie zajmują się działalnością polityczną. Obawiam się że te powody nie są warte ani 0,6 mln (roczna egzystencja kanapowej partii), ani 3,4 mln (partia-minimum), ani 6 mln PLN (już partia). A proszę sobie policzyć koszty wydruku ulotek z programem, ulotek dla kandydatów, ich kolportażu, wydrukowania bezpłatnych gazetek do rozdawania, warsztatów z retoryki i erystyki, przygotowania stron internetowych, biur, spotów etc. Koszty prac ekonomistów pracujących nad programem gospodarczym.
Sam jestem ekonomistą, ale przenigdy bym się nie zabrał za pisanie reformy np. otwierającej rynek gazu dla konkurencji na tej sieci. Proszę mnie łaskawie poinformować, jak ja mając w kasie składki np. stu osób jestem w stanie w ogóle zaistnieć na rynku? To starczy na biuro, ale nie na konkurowanie z kimś mającym 100 mln dotacji na kampanię.
Państwo jako gazeta są gazetą anty-ekonomiczną i nie rozumieją, do czego dochodzi w wypadku braku konkurencji na rynku. Spada jakość oferowanych towarów i usług przede wszystkim. To świetnie widać w polskiej polityce, która niemal nie czerpie z wiedzy zewnętrznych ekspertów, konsultantów, bo nie musi- liczba partii jest ściśle ograniczona, mają one swoje nawyki. Nie mając konkurencji z zewnątrz, nie muszą one konkurować jakościowo starając się np. rządzić w oparciu o wiedzę naukową (której w Polsce zresztą niemal nie ma- vide pozycja polskich uczelni w rankingach).
Co do LPR-u i jego sukcesu „bez dotacji”, to Pan Strzembosz z Prawicy Rzeczpospolitej opowiadał podczas „Spotkań Liberałów” na temat finansowania partii politycznych, jak to pewien dziennikarz telewizyjny, p. Nomejko, miał za pomocą promowania tego ugrupowania w mediach publicznych obalić rząd AWS-UW. Wg p. Strzembosza popularność Samoobrony była pochodną wykorzystania tego ruchu przez opcję kontrolującą TVP do obalenia rządów AWS-UW.
Zaś LPR, podawany jako inny przykład awansu, miał po prostu dostęp do mediów katolickich, czego ruchy np. liberalne czy socjaldemokratyczne nie mają. Zresztą pół roku temu zdaje się ten sam ruch w sondażach uzyskał kilka procent poparcia tylko dlatego że partia ta była stale obecne i stale zapraszana do TVP. Inne ruchy pozaparlamentarne zapraszane nie są.
Ludzie aktywni społecznie, proszę Państwa, z tego co zauważam to nawet nie silą się na zajmowanie się działalnością polityczną, znają bowiem zasady finansowania partii politycznych, powodujące że nowopowstające ruchy są bez szans przy takiej konkurencji. To jest oczywiście wypaczenie idei wolnego rynku i równości podmiotów wobec prawa, nie występujące np. w RFN. I co z tego? Do Trybunału Konstytucyjnego obawiam się że nie mamy nawet prawa tego zaskarżyć (co jest kolejną kpiną z demokracji nie dającej prawa do sądu).
Metoda to albo znieść dofinansowanie partii w ogóle, co wyrówna szanse nowych partii ze starymi, albo uzależnić je od liczby głosów obniżając progi tak jak w RFN (chyba kilka tysięcy). W wielu krajach normą jest rozsyłanie ulotek partii i kandydatów do wyborców w danym okręgu za darmo. Do tego represyjna ordynacja wyborcza umożliwiła ludności kraju w 2007 roku wystawienie 7 list ogólnopolskich. W ostatnich wyborach do Bundestagu w RFN ludność miała prawo wystawić aż 27 list.
Jest mi niezmiernie przykro że Państwa gazeta broni status-quo jak ongiś za komunizmu czyniły to gazety reżimowe. Nawet „Dziennik” w tym temacie kilka razy napisał całkiem otwarcie. Demokracja nie gryzie, a ja ciekaw jestem czy możliwy jest jeszcze gorszy system od obecnego gdzie nie pamiętam dokładnie ale chyba 20 % PKB, co, jak słyszałem, ale nie sprawdzałem, miało być największa wielkością na świecie, idzie na transfery społeczne. Być może zresztą o taki system Państwu idzie i są zeń Państwo zadowoleni.
Z wyrazami szacunku,
adam
Literatura, źródła:
Wykaz dofinansowywanych partii w RFN: http://www.bundestag.de/bundestag/aufgaben/weitereaufgaben/parteienfinanzierung/festsetz_staatl_mittel/finanz_08.pdf
D. Wielowiejska „Świeża krew?”, link: http://wyborcza.pl/1,75515,6546656,Swieza_krew__Czy_nowe_partie_maja_szanse_na_Sejm_.html
Lista partii biorących udział w wyborach do Bundestagu w 2009 r.
http://de.wikipedia.org/wiki/Bundestagswahl_2009#Parteien
Program gospodarczy frakcji liberalnej partii Zieloni 2004 (istniejącej do kwietnia 2010)
Rozwój z absolutnym poszanowaniem Natury
Liberalni Zieloni uważają, iż przetrwale do chwili obecnej obszary niezniszczonej natury są już na ogól tak niewielkie i tak bardzo skromne, że konieczna jest ich zdecydowana ochrona by przetrwaly one dla przyszlych pokolen nie tylko jako wspomnienie. W swej polityce gopodarczej Zieloni dążyć będą do rozwoju gospodarczego nie szkodzącego środowisku naturalnemu, którego ocalenie jest naczelnym zadaniem Zielonych.
Monopole i konkurencja w programie Liberalnych Zielonych
Konkurencja na rynku jest najlepszym gwarantem ochrony praw konsumentów przed nadużyciami ze strony korporacji. Jest ponadto jedynym niepodważalnie udowodnionym naukowo sposobem na latwą i znaczną poprawę sytuacji konsumentów.
Zieloni utrzymaja monopole tylko tam gdzie jest to ekonomicznie uzasadnione (poprzez ronące korzyści skali). Monopolami pozostaną np. sieci infrastrukturalne (gazowe, telekomunikacyjne, elektryczne, linie kolejowe, wodociągi) ale juz dla dzialalności na tych sieciach bedziemy w interesie konsumenta dazyli do zastosowania praw konkurencji. Będziemy w interesie ogolu konsumentów otwierac dotad zmonopolizowane rynki na dzialanie tych prostych praw ekonomicznych.
Prywatyzacja w programie Liberalnych Zielonych
Zieloni są za prywatyzacją, (własność prywatna może przynieść korzyści poprawiając efektywność podmiotów gospodarczych w porównaniu do własności publicznej), ale tylko wtedy gdy przeprowadzona jest ona w interesie społecznym. Nie zgadzamy się z tymi ekonomistami którzy dążą do prywatyzacji nawet za cenę stworzenia nieefektywnych struktur rynkowych.
Dotychczasowa praktyka gospodarcza Polski pokazuje, iż w imię doraźnych wpływów budżetowych prywatyzuje się przedsiębiorstwa o pozycji monopolistycznej tworząc prywatne monopole mimo że to jest ewidentnie szkodliwe dla interesów społeczeństwa (casus Telekomunikacji Polskiej S.A. lub Orlenu). Pokazuje to, że źle przeprowadzona prywatyzacja połączona z brakiem odpowiedniej regulacji rynku i przeciwdziałaniu zbierania renty monopolisty prowadzi do sytuacji szkodliwej dla klientów.
Zieloni deklarują się za prywatyzacją w interesie społecznym, która nie dopuszcza do powstawania monopoli w wyniku procesów prywatyzacyjnych, nawet jeśli ma to oznaczać początkowo mniejsze wpływy do budżetu. Zieloni będą dążyli do tego, by w wyniku procesów prywatyzacyjnych poprawie ulegał stan środowiska.
Zieloni akceptują tworzenie w wyniku prywatyzacji dużych grup kapitałowych tylko wtedy gdy dany rynek jest w pełni konkurencyjny (lub jest kontestowalny, a koszty utopione, bariery wejścia i wyjścia z rynku są minimalne). Polityką Zielonych będzie bezwzględnie zastosowanie mechanizmu konkurencji we wszystkich możliwych przypadkach w celu ochrony interesów konsumentów.
Moi drodzy,
Ostatnio nieco pojeździłem po świecie, odwiedzając też kraje które wydawałyby się mniej wolne od Polski. Tymczasem to nasz kraj okazał się mrocznym, ciemnym, przerażającym reżimem. Miotanym korupcją o jakiej w krajach Ameryki Łacińskiej nikomu się nie śniło.
W byle dziurze jest kilka razy więcej analogowych stacji telewizyjnych niż jest nadawanych w Polsce. Technika pozwala na nadawanie 12 kanałów ogólnokrajowych, a nadawane są 3. Dodatkowo w części kraju dostępny jest dalszy kanał, w rzadkich wypadkach dostępnych jest 5 kanałów. To wg mnie przykład miliardowej korupcji napychającej kabzę Polsatowi i TVN-owi. Mimo że są już niketóre nadajniki cyfrowe, to sieć cyfrowa nie ruszyla, a ma 4-ro do 16-krotnie większa pojemność.
Tabloidy stoją na lepszym poziomie wydawniczym i piszą mniejsze brednie niż polskie „gazety opinii” w stylu Wybiórczej (notabene subwencjonowanej przez rząd, jak ujawniły ostatnie przecieki umów).
W Polsce w ogóle nie ma podstaw demokracji, obawiam się. Wide content mediów, otwarcie się tych mediów na inne pokolenia (wg mnie uprawiają spisek gerontów, jest w nich nieobecna połowa Polaków, bo tyle osób liczy sobie poniżej 35 lat).
Jako partia nie upominamy się o zmianę mechanizmu finansowania polityki w Polsce. Powinniśmy dopominać się o system niemiecki. Nie wiem dlaczego, ale w tym temacie nie udało mi się pozyskać wsparcia zarządu partii. Podobno finansowanie mniejszych partii wzmocni neonazistów- tyle mówi głos osób które określiłbym jako zielonych totalitarystów.
A taka jest polityka w Eur. Środk. Wsch.- neonaziści kontra Zieloni. Ucieczka od polityki i siedzenie cicho pod miotłą w reżimie wg mnie nic nie zmienia. Tylko dyskusja może coś zmieniać. A nie zgarnianie tych problemów pod dywan.
March 2008
Well, quickly before I make to bed: I was attending the 3rd Congress of Polish Greens. I lost in the elections for the chairman (no one wanted to candidate apart from current chairman, Darek Szwed, so I decided, and got 1/3 of votes). But I made some puzzling observations that made me to write to my diary. I think that Polish Greens might have ideological problems that cause them to have so little support. Saying this, I think on the economic issues- there is, as I observed, "Anti- neoliberalism" and very little more, which I think causes audience to think that the Greens are principially against free market.
Among Polish Greens the socialistic quarterly magasine, the "Krytyka Polityczna", gained profound significance. The magasine is in my opinion very incompetent in economic issues. On the social issues- well, here I do not know, I am generally quite liberal, but also here Polish Greens might have some differences that made them unpopular (well, we are honestly said, unpopular). Apart from "Krytyka Polityczna" there is no think-tank on the left and centre-left side of the political spectrum, Greens also have any. We could form such a think-tank, if someone offered some help.
Uwaga zmiana miejsca spotkania n/t polityki narkotykowej - Warszawa 22.02
Szanowni Państwo,
Przypominamy że już w dniu 22 lutego (niedziela) ma miejsce kolejna już edycja „Spotkań Liberałów”. Tematem przewodnim jest odpowiedź na pytanie "Jaka polityka narkotykowa". Goście zaproszeni do dyskusji panelowej (tylko osoby które dotychczas potwierdziły przybycie): Goście zaproszeni do dyskusji panelowej (tylko osoby które dotychczas potwierdziły przybycie): Marek Balicki (były minister zdrowia), Marcin Celiński (Forum Liberalne), Krzysztof Bosak (prawy.pl), Janusz Sierosławski (Instytut Psychiatrii i Neurologii), Adam Fularz (Zieloni 2004). Niepotwierdzone: T. Harasimowicz, Michał Sutowski.
ZMIANA MIEJSCA! Spotkania mają miejsce punktualnie od godziny 18.00. Z uwagi na czasowe ograniczenie narzucone przez klub prosimy o punktualne przybycie. Dysponujemy dużo większą salą.
Klub Chłodna 25, ul. Chłodna 25, róg Żelaznej, Warszawa. Spotykamy się na Dolnej Sali.
Warto wspomnieć o teoriach kapitału kreatywnego, które propaguje m.in. Charles Landry, autor popularnego podręcznika „Sztuka tworzenia miast”. Odwołują się one do tezy, że podstawową grupą ludności jaką mozna uznać za miastotwórczą są osoby tworzące kulturę. Dopiero pojawienie się bohemy artystycznej miasta przyciąga kolejną grupę twórczego kapitału ludzkiego, które same nie tworzą kultury, ale ją w znacznym stopniu konsumują. Te klasy twórcze mają wysokie preferencje dla kultury.
Wg Richarda Floridy, amerykańskiego socjologa i autora książki „Nadejście Klasy Twórczej” („The Rise of Creatve Class”), lokalną miejską gospodarkę rozwijają ludzie których istotą jest twórczość i innowacja: artyści, wykładowcy akademiccy, managerowie, naukowcy, architekci, etc. Tą grupę kapitału ludzkiego przyciągają miasta otwarte na nowości i ekscentryczność jaka cechuje wielu tych ludzi. Wg tez Landry’ego kluczowe dla rozwoju miast jest pozyskanie i utrzymanie klasy twórczej dzięki właśnie inwestycjom w ofertę kulturalną.
Może być to trudne- z powodów historycznych polska klasa twórcza jest względnie młoda, i od decydentów szefujących polskim miastom dzieli ich jedno pokolenie różnicy. Co za tym idzie, zwykle nie interesująca dla niej jest oferta kulturalna tworzona przez osoby wyrosłe w innym systemie gospodarczym. Jedynie jeden teatr operowy w Polsce z rzadka gra opery współczesne, z minimalistyczną muzyką. Większość teatrów, szczególnie na prowincji ma ofertę kierowaną do widza z innej kategorii wiekowej.
W Polsce bardzo brakuje oferty kulturalnej dla nowoczesnej klasy twórczej. Niemal cała oferta imprez kulturalnych organizowanych przez polskie miasta jest kierowana do innych kategorii wiekowych, być może także dlatego że jest to grupa nadzwyczaj obeznana w kulturze i nader wymagająca. W przypadku młodszej części klasy twórczej ich środowiskiem są kluby i muzyka klubowa, dziś mająca dziesiątki odrębnych gatunków i podgatunków, dopiero wokół których tworzą się spójne środowiska.
Dzisiejsza klasa kreatywna to m.in. didżeje i MC’s (nawijacze), niekiedy utrzymujący się wyłącznie z grania muzyki w klubach. Jest to praca która wymaga znacznej specjalizacji- didżej musi znać na pamięć układ piosenek na każdej z płyt winylowych, by trafić igłą w rowek w odpowiednim miejscu. Niektórzy didżeje stają się bardzo znani, jeśli ich gust trafia do większego grona fanów. MC’s na żywo improwizują i nawijają teksty do podkładów (riddimów) granych przez didżejów.
Tak mniej więcej wygląda scena muzyki klubowej w większej części świata. Są dziesiątki gatunków tej muzyki, niektóre kierowane pod bardziej masowy gust, inne bardziej wysublimowane. Wiele z nich jest połączonych z wywodzącą się z Jamajki i Indii kulturą konsumpcji marihuany, a w muzykę wplecione są przesłania etyczne i religijne. Z Jamajki zresztą wywodzi się znaczna część tej kultury. Jamajczycy do dziś dominują np. w brytyjskiej kulturze klubowej, i po części to oni stworzyli z tego kraju jej europejskie zagłębie.
W Polsce od 2004 roku de facto następuje drenaż mózgów wywołany przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej i otwarciem tamtejszych rynków pracy. Zatrzymanie kapitału kreatywnego w Polsce wymaga podjęcia wysiłków w dziedzinie kultury- podwyższenie jej poziomu, zaproponowanie oferty także dla młodszych pokoleń, i zwrócenie się także na dotychczas pomijane gusty bardziej wyrafinowane. Nie należy też pomijać kultury klubowej- w Polsce rozwinęła się ona tylko w kilku największych miastach, a i tak znajduje się jeszcze w powijakach. Wiele miast wprost sprzeciwia się rozwojowi klubów i utrudnia zakładanie kolejnych. A to w nich zbiera się współczesna klasa twórcza i osoby aspirujące do tego grona.
Problemem wielu polskich miast jest postrzeganie kultury przez pryzmat polskiej monokulturowości. Tymczasem kultura w jakiej gustuje klasa twórcza nie jest polską kulturą masową znaną z radia czy telewizji. Grupę tą cechuje wielokulturowość, dalekoposunięta otwartość na dorobek innych kultur. Jej kultura nie ma charakteru masowego. Polska klasa twórcza jest z reguły pomijana jako grupa docelowa oferty kulturalnej polskich miast, mimo że to o nią miasta te powinny w pierwszym rzędzie zabiegać. Tylko nieliczne polskie miasta, np. Wrocław, mają nieco inną politykę w tym względzie.
Adam Fularz
Jestem z wykształcenia także ekonomistą miast. Także- ponieważ specjalizację tą musiałem porzucić, w Polsce nie było na nią popytu. Śladu popytu. To dość smutna konkluzja- ja nie dostrzegłem bowiem nawet śladów stosowania jakiejkolwiek ekonomii w polskich miastach. Kształcąc ekonomistów na uczelniach zachodnioeuropejskich oferuje się im różne specjalizacje po licencjacie, w trakcie studiów magisterskich. Studenci zaliczają różne kursy „ekonomii stosowanej”, majacej wpływ na nasze cdzienne życie w krajach Zachodu. Ekonomia miast byała jednym z kursów oferowanych w ramach ekonomii środowiska, i była kursem znacznie prostszym niż ekonomia ekologiczna, więc wybrałem tenże przedmiot. Okazał sie na tyle ciekawy że z chęcią zająłbym się nim zawodowo.
Ekonomista miast widzi miasto przez pryzmat funkcji dobrobytu. On zna wzory determinujące przestrzenny układ miasta, może obliczyć optymalną wysokość zabudowy w danym miejscu, oraz zaprezentować model przekonujący polityków do jak najszybszego wprowadzenia opłat za korzystanie z tych odcinków dróg, które się blokują. Koszty czasu spędzonego w korkach przez kierowców pojazdów to po prostu czysta strata dla dobrobytu społeczeństwa.
Ten czas, te okresy życia spędzone czekając w korku są po prostu stracone. Opłaty za drogi w odpowiedniej wysokości spowodują że straty te nie będą następowały- kierowcy chcący wjechać na drogę o bliskiej wyczerpaniu przepustowości będą musieli zapłacić „innym kierowcom” za to że ci tam nie pojadą swoimi samochodami, i przesiądą się np. na komunikację miejską.
Dlaczego płacić za drogi? Teren miasta to przecież zasób skąpy, trudno dostępny, mający swoją rynkową cenę. Nie ma ekonomicznego uzasadnienia by dysponować nim na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. Wyodrębnijnmy z użytkowniów dróg miejskich dwie grupy- „skrótowiczy” jeżdżących przez zakorkowane centrum ponieważ droga ta jest krótsza, i biznesmenów dojeżdżających do pracy w centrum. Przepustowość dróg jest ograniczona i wystarczy tylko dla jednej z obu grup. W efekcie sytuacja kończy się tym, że biznesmen marnuje swój cenny czas stojąc w korku, podczas gdy skrótowicz poprzez swój wybór trasy przejazdu naraża biznesmena na stanie w korku.
To, że „skrótowicz” zabiera powierzchnię drogi innym użytkownikom ulic w centrum wydłużając ich czas przejazdu, jest kosztem zewnętrznym którego ów użytkownik pojazdu nie pokrywa. Koszt ten jest blisku zeru tam gdzie użytkownik pojazdu nie stawia nikogo gorzej zabierając mu sprzed nosa powierzchnię ulicy, ale robi się wysoki tam gdzie metr kwadratowy ziemi kosztuje nawet kilkaset tysięcy złotych, jak w centrach największych polskich miast, gdzie ceny działki budowlanej dochodzą nawet do 350 mln PLN.
Tymczasem w centrach wielu miast poszerza się ulice kosztem posesji, nie badając co generuje większy dobrobyt. Zwykle bowiem w miastach Zachodu ludność szybko gremialnie przesiadła się do komunikacji zbiorowej, gdy tylko przyszło im płacić realne koszty podróżowania autem po centrach miast.
Ekonomika miast jest nauką bardzo ekologiczną- można bowiem zobaczyć jaki jest popyt na tereny zielone, porównując ceny mieszkań wokół parków z cenami mieszkań z dala od terenów zielonych. Praktyka zachodnioeuropejska pokazuje że mieszkańcy skłonni są bardzo wiele zapłacić za teren zielony w sąsiedztwie, a dzielnice pozbawione atrakcyjnych terenów zielonych potrafią podupadać, zamieniać się w slumsy.
Wreszcie, ekonomika miast pod lupę bierze transport i jego wpyw na procesy urbanizacji. Bada rozwój miast z perspektywy ekonomii, zadaje niewygodne pytania: co byłoby gdyby kierowcy samochodów musieli pokrywać koszty zewnętrzne podróży samochodem po mieście i jak wtedy wyglądałyby miasta? Jak wyglądałyby one gdyby kierowcy musieli płacić za wykorzystanie szybko wyczerpującej się powierzchni ulicznej w centrach miast?
Ekonomista porównuje gęstość zabudowy w przypadku miast zorientowanych na transport zbiorowy i miast zorientowanych na samochody osobowe. W tym ostatnim przypadku miasta się rozlewają, i bynajmniej nie przestają się rozlewać, na wielkie połacie. Wręcz mówi się tu o urbanizacji rozlewającej się, i próbuje się jej przeciwdziałać- wpycha ona bowiem mieszkańców na zawsze w samochody osobowe, uzależnia ich od tylko jednej formy transpotu. W przedmieściach samochodowych gęstość zaludnienia jest tak niska że niemożliwym staje się zapewnienie komunikacji zbiorowej o odpowiedniej częstotliwości kursowania- potoki pasażerskie z uwagi na gęstość zaludnienia są zbyt niskie.
Aby temu procesowi przeciwdziałać stosuje się szereg bodźców ekonomicznych. Nawet w Polsce wystepują opłaty aktywizacyjne, które musimy ponieść kupując grunt w celu budowy domu. W krajach Zachodu w opłaty te wlicza się wszelkie koszty zapewnienia infrastruktury- wodociągów, elektryczności, kanalizacji, dróg i ich oświetlenia a nawet budowy szkół i przedszkoli, też przecież infrastruktury. To na obywateli zrzuca się całość kosztów z tym związanych, tak aby rozwojem miast sterowały prawa popytu, a nie widzimisię polityków. W opłaty te wliczyć można nawet koszty zapewnienia komunikacji zbiorowej, uzależniając ich wysokość od liczby powstajacych na danym gruncie mieszkań.
Inne miasta wyznaczają nawet granice obszaru na którym rozwija się miasto, tak jak Portland w USA. Miasto utworzyło granicę rozwoju, i chce rozwoju intensywnego na ograniczonej przestrzeni, zamiast ekstensywnego. Na granice rozwoju miasta wpływa cena gruntu- konkluzji tych dostarczają podstawowe modele ekonomiczne na jakich pracują ekonomiści. Im jest ona niższa, tym dalej od centrum miasta lokuje się granica miasta. Dlatego szczególnie na terenach pustynnych miasta rozlewają się w sposób niemal nieograniczony- teren tam niemal nic nie kosztuje.
Polskie miasta muszą podjąć decyzję, w jaim kierunku się rozwijać- w stronę miast które ograniczają koszty zewnętrzne na jakie narażeni są ich mieszkańcy, które rozważnie alokują środki budżetowe nie subsydiując nieefektywnych ekonomicznie (i wg krytyków- również społecznie) form urbanizacji, czy też w kierunku miast bardziej agresywnie dbających o utrzymanie równowagi między rozwojem przedmieść a jakością życia w centrach miast. Nawet polska praktyka pokazuje że centra miast wyludniają się na dramatyczną skalę (casus Poznania), a długofalowo mogą nawet zamienić się w slums, jak wg wielu krytyk prasowych stało się z jedynym warszawskim deptakiem, ul. Chmielną, niemogącą sprostać konkurencji nastawionych na klientelę samochodową podmiejskich centrów handlowych. Centra miast potrafią upaść przy niefrasobliwej polityce urbanistycznej i transportowej, i nie są to bynajmniej rzadkie przypadki, los ten spotkał nawet wielkie aglomeracje, jak np Detroit w USA. Dziś istnieją aglomeracje w USA, gdzie jedynie co 100-na czy co 200-na osoba podróżuje komunikacją zbiorową.
A w Polsce ekonomiki miast nawet się nie uczy, bo trudno nazwać program który wypełnia akademickie kursy o tej nazwie jako mający cokolwiek wspólnego z nauką, poza samą nazwą. To slogany, zamiast wzorów i modeli ekonomicznych (takich jak np. model miasta monocentrycznego autorstwa zespołu Alonso-Muth-Mills). Tak niestety wygląda nauka w Polsce- czasem jest nią jedynie z nazwy.
Poruszanie tego tematu jest niepoprawne politycznie. Dzisiejsza polityka historyczna nie lubi Polski ery Wikingów, a przecież pierwsza państwowość ze znanymi z imion królami na ziemiach polskich to bezsprzecznie dzieło Wikingów.
Przykładem jest Królestwo Gotiskandza u ujścia Wisły, opisane u Jordanesa jako zasiedlone przez ludność uciekającą z przeludnionej Gotlandii. Jest ono przemilczane przez polskich historyków-nacjonalistów jako niepasujące do ich wizji Państwa Polskiego, jest wyrugowane z podręczników etc. O tym, że pierwszym wymienionym z imienia królem na polskiej ziemi był wiking Berig, wie niewielu, zapewne tylko archeolodzy identyfikujący ten okres jako „kulturę wielbarską”. Epicentrum tej cywilizacji stanowiła „Geped oios”, wyspa jakich wówczas było wiele u ujścia Wisły.
„Gepidowie więc [...] dopóki przebywali w kraju Spesis, (obrali na swą siedzibę) wyspę otoczoną mieliznami rzeki Viskli. Wyspie tej nadali w rodzinnym języku miano Gepedoios (Gepidzkie błota). Dzisiaj ma ją rzekomo w posiadaniu szczep widiwarski, po odejściu Gepidów do lepszych ziem. Widiwarowie zaś pochodzą z różnorakich ludów, które gromadząc się jak gdyby w jedno schronisko utworzyły (nowy) szczep.” (Jordanes)
Ustalono datę przybycia tych ludów na okres przed 30 rokiem naszej ery. Niektórzy nawet mówią o 17 roku naszej ery. Jednakże już w 5 roku naszej ery do ujścia Wisły zawitała flota rzymska pod wodzą Oktawiana Augusta. Doniesienia ówczesnych geografów i historyków opierają się także na wiedzy uczestników tych wypraw, a także wiedzy ówczesnych kupcó1) i podróżników, takich jak ten ekwita:
„Że owo wybrzeże germańskie leży w odległości prawie 600.000 kroków od Karnuntum w Panonii, przekonano się niedawno. Obejrzał je ekwita rzymski, wysłany tam po bursztyn przez Juliana, organizatora igrzysk gladiatorskich cesarza Nerona. Zawarł nawet rozmaite transakcje handlowe i przewędrował wybrzeże, a bursztynu przywiózł tak dużo, że nawet siatka mająca powstrzymywać dzikie bestie i osłaniać loże miała w każdym węzełku bursztyn, arena zaś, mary i wszelki sprzęt przez jeden dzień - aby różnił się od innych rodzajem wystawy - były bursztynowe. Najcięższa z brył przywiezionych przez owego ekwitę ważyła 13 funtów.”
Wisła była ówcześnie uznana za granicę terenów do których wybierali się kupcy, na niej kończyły się ówczesne nawet szczegółowe mapy, takie jak mapa Ptolemeusza na ziemiach dzisiejszej Polski wymieniająca kilkanaście miast i góry, takie jak Góry Wenedzkie, które na podstawie współrzędnych geograficznych tej mapy dzisiejsi historycy rozpoznają jako Górę Dylewską kolo Ostródy (312 m. n. p. m.), a inni jako Góry Świętokrzyskie.
Klaudiusz Ptolemeusz na swej mapie z roku ok. 150 n.e. na tym terenie wymienia m. in. Kalisię (Καλισία), identyfikowaną przez niektórych z Kaliszem, Karrodunon (Καρρόδουνον) bezpodstawnie łączony ongiś np. przez J. Lelewela z Krakowem, Skurgon (Σκοῦργον), Askaukalis (ἀσκαυκαλίς). Pomyłki umiejscowienia źródeł i ujścia Wisły sięgają 2 stopni – geograf ów dość mozolnie próbował stosować współrzędne geograficzne na swej mapie. Niestety- nikt nie próbował zidentyfikować owych miejscowości w terenie, prowadząc badania archeologiczne.
Link do mapy ze współrzędnymi: http://penelope.uchicago.edu/Thayer/E/Gazetteer/Periods/Roman/_Texts/Ptolemy/2/10.html
Wikingowie te tereny mieli opuścić już po kilku pokoleniach, za panowania bodaj piątego króla, Filimera syna Gadariga, w II wieku naszej ery. Za Jordanesem:
"Właśnie z owej wyspy Skandza, jak gdyby z kuźni plemion, lub raczej jakby z łona rodzącego plemiona, według podania wywędrowali niegdyś Goci z królem swoim imieniem Berig. Gdy tylko zeszli z okrętów i postawili stopę na ziemi, nadali jej swoją nazwę. Do dziś, jak się twierdzi, nosi ona nazwę Gothiskandza (...). Gdy wśród Gotów liczba ludności bardzo wzrosła, a rządy sprawował piąty po Berigu, król Filimer (...) postanowił on, by wojsko Gotów wraz z rodzinami wyruszyło dalej. W poszukiwaniu bardziej odpowiednich siedzib i przyjemniejszych okolic przybył do ziemi scytyjskiej, która w ich języku nosiła nazwę Oium. Filimerowi spodobały się urodzajne krainy (...)".
Wielu autorów przypuszcza że w tekstach runicznych ów kraj zwał się Reiðgotaland. Ów opis z sagi nordyckiej może się więc odnosić do państwa mającego swoją siedzibę u ujścia Wisły:
"Długo panował Angantyr w Reidgotalandzie [względnie Hreidgotalandzie]. Był on bogaty i bardzo wojowniczy. Od niego wywodzi się wiele królewskich rodów. Synem jego był Heidrekr Ulfshamr, który potem długo był królem w Reidgotalandzie. Miał on córkę, która nazywała się Hilda. Ona była matką Halfdanara Sniaili, ojca Iwara Vidfadmi. Iwar Vidfadmi przyszedł ze swym wojskiem do Szwecji”
Być może ma nasza historia przedchrześcijańska wiele źródeł pisanych, lecz dziś nie sposób połączyć dawnych runicznych i dzisiejszych nazw geograficznych- pozostają spekulacje. Pozostały po Gotach rozmaite słowa w języku polskim: hełm, kniaź, podobno także: chlew, pożyczać, chleb, mięso, lek, kocioł, cudzy, pułk, szkło, lichwa, kusić, kupować. Nazwy takie jak Trląg (woda trolli- nazwa jednego z kujawskich jezior) czy Troga (bagno trolli- nazwa rzeki i wsi w północnej Polsce).
Archeologia potwierdza teksty Jordanesa, a także wędrówkę kultury wielbarskiej na południe Polski, na Mazowsze i Lubelszczyznę. Wg tego historyka, pierwsze duże państwo na tych ziemiach, stworzone pod przywództwem Hermanaryka, rozciągało się od Bałtyku aż po Morze Czarne, i przetrwać miało aż do najazdu Hunów. Anglosaski tekst Widsith także donosi o Gotach nadwiślańskich w IV/V wieku w kontekście wielkiej bitwy Gotów z Hunami w puszczy nad Wisłą:
„Wulfhera odwiedziłem i Wyrmera; tam bardzo często rozbrzmiewał szczęk broni, ponieważ wojska Hraedów mieczami ostrymi musiały bronić koło lasów nadwiślańskich starych siedzib ojczystych przed ludami Aetli.”
Późniejsze teksty źródłowe wskazują na kolejnych mieszkańców delty Wisły:
„...zaś nad brzegiem Oceanu tam, gdzie trzema ujściami wchłania on wody rzeki Wistula, siedzą Widiwariowie, złączeni w jedno z rozmaitych narodów”.
„Ci tedy Gepidowie tknięci zawiścią, skoro zamieszkiwali wyspę otoczoną ramionami rzeki Wiskli, którą w ojczystej swej mowie nazywali Gepedoios [...] Teraz (tzn. w połowie VI wieku- przyp. red.) podobno wyspę tę posiada plemię Widiwariów, ponieważ oni (Gepidowie) udali się na lepsze ziemie. O tych Widiwariach wiadomo, że zebrali się z rozmaitych narodów, jak gdyby do jednego schroniska i utworzyli osobne plemię." (wg Kozaryn).
Z końcem wieku IX w Anglii zostaje sporządzona następująca notka o Truso, mieście znajdującym się u ujścia rzeki Ilfing, w Wisłoujściu. Podówczas król angielski Alfred zlecił żeglarzowi Wulfstanowi zbadanie tutejszych terenów. Wulfstan swoją relację opisał następująco:
[20] A Słowiańszczyznę mieliśmy aż do ujścia Wisły przez cały czas po prawej stronie. Wisła ta jest wielką rzeką i przez to dzieli Witland [kraj Wit?] i kraj Słowian. A Witland należy do Estów. A taż Wisła wypływa z ziemi Słowian i spływa do Zalewu Estyjskiego, a ten Zalew Estyjski jest co najmniej piętnaście mil szeroki. Od wschodu spływa tutaj do Zalewu Estyjskiego rzeka Ilfing — z tego jeziora, nad którego brzegiem stoi Truso. I schodzą się tutaj w Zalewie Estyjskim od wschodu rzeka Ilfing z kraju Estów i od południa Wisła z kraju Słowian. Tutaj zaś Wisła zabiera rzece Ilfing jej nazwę i spływa z tego zalewu do morza w kierunku północno-zachodnim [lub: na zachodzie i na północy]. I dlatego nazywa się to Wisłoujściem.
Kraj Estów jest bardzo duży i jest tam dużo miast, a w każdym mieście jest król. A jest tam bardzo dużo miodu i rybitwy. A król i najmożniejsi piją kobyle mleko, ubodzy zaś i niewolni piją miód. Jest tam między nimi dużo wojen. A u Estów nie warzy się żadnego piwa, lecz miodu jest tam dużo.
[21] Estowie mają taki zwyczaj: gdy umrze tam jakiś człowiek, niespalony leży on w swym domu u rodziny i przyjaciół jeden miesiąc lub niekiedy dwa; królowie zaś i inni wysoko postawieni ludzie o tyle dłużej, ile więcej mają bogactw; niekiedy przez pół roku nie są oni spaleni i leżą na wierzchu w swoich domach. A przez cały ten czas, kiedy nieboszczyk jest w domu, piją tam i bawią się aż do dnia, w którym go spalą.
[22] A w tym dniu, w którym mają go zanieść na stos, jego pozostałe jeszcze po pijatykach i zabawach ruchomości dzielą na pięć lub sześć działów, niekiedy na więcej, w zależności od tego, ile tych ruchomości jest. Wszystko to rozkładają na przestrzeni jednej mili; najlepszą część najdalej od domu, potem drugą, potem trzecią aż to wszystko jest rozłożone na przestrzeni owej mili; a najmniejsza część winna się znajdować najbliżej domu, w którym leży nieboszczyk. Potem zbierają się wszyscy ludzie, co mają najlepsze konie w tej ziemi o pięć lub sześć mil z dala od ruchomości. Potem wszyscy oni pędzą do owych ruchomości, a jeździec, który ma dobrego konia przyjeżdża do pierwszego i najlepszego działu; i tak jeden za drugim, aż wszystko zostanie zabrane. A najmniejszy dział dostaje się temu, który musiał pojechać po swą część najbliżej domu. Potem każdy jedzie z tymi ruchomościami i może je w całości zatrzymać. I dlatego dobre konie są tutaj niezmiernie drogie.
A gdy ruchomości jego są w całości rozdane, wtedy wynoszą go i spalają razem z bronią i szatami. Cały zaś jego majątek przeważnie ulega roztrwonieniu wskutek długiego przetrzymywania nieboszczyka w domu i przez rozkładanie na drodze ruchomości, które potem obcy zabierają w wyścigach.
[23] A jest u Estów zwyczaj, że każdy człowiek, obojętnie jakiego jest stanu, zostaje spalony. Jeżeli zaś znajdzie się jakiś członek nie spalony, wtedy muszą o to zanosić wielkie przebłagania. A Estowie posiadają taką umiejętność, że potrafią wytwarzać zimno. I dlatego nieboszczyk leży tam tak długo i nie rozkłada się, ponieważ działają na niego zimnem. A jeżeli postawi się dwa naczynia pełne piwa lub wody, potrafią oba zamrozić obojętnie czy jest lato, czy zima. (tłum. G. Labuda)
Truso, dzięki wskazówkom Wulfstana na temat jego położenia, zostało prawdopodobnie odkryte, prowadzone są tam prace archeologiczne. Niestety, cały temat wskazujący na niepolskie korzenie tych ziem jest przemilczany i przez nacjonalistyczne media, i przez układane przez nacjonalistów podręczniki. Zupełnie inaczej ma się z państwowością w południowej Polsce. Tutaj mamy do czynienia z tajemniczą Wisłolandią (Wisle- lond), Białą Chorwacją, której istnienie opisali m.in. Nestor, Porfirogeneta i źródła arabskie. Jest to jednak temat na osobny artykuł.
Adam Fularz
Kolej w Polsce przegrała wyścig z motoryzacją indywidualną. Jej oferta jest konkurencyjna jedynie w kilku korytarzach. Rząd, proponując budowę linii Kolei Dużych Prędkości, bynajmniej nie rozwiązuje żadnego z problemów jakie stworzył upadek tradycyjnej kolei pasażerskiej w Polsce po roku 1989. W Polsce wciąż brak jest alternatywy dla samochodu osobowego, jaką kolei udało się stworzyć w innych krajach. Ba, owa wolność wyboru środka transportu jest czymś co odróżnia cywilizację Europy Zachodniej od cywilizacji Stanów Zjednoczonych, gdzie transport zbiorowy w większości zanikł już pół wieku temu, i nie istnieje nawet w milionowych aglomeracjach.
„Der Kluge faehrt Bahn”- „Mądry jeździ koleją”- reklamowały się przed laty federalne koleje szwajcarskie. Na obrazku pokazano Pana czytającego gazetę na fotelu. Po dziś dzień koleje te wiodą prym w Europie, z ponad 60 podróżami koleją na mieszkańca rocznie. Na znacznej części linii mamy po kilka pociągów na godzinę w pożądanym przez nas kierunku. Sytuacji tej sprzyja urbanizacja rozwinięta w dolinach wzdłuż linii kolejowych.
Szwajcaria to także, obok Japonii, jedyne kraje na świecie które nigdy nie upaństwowiły wielu regionalnych linii kolejowych. W Japonii byłe koleje państwowe rozbito na sześć podmiotów które następnie prywatyzowano. Na rynku działają przewoźnicy całkowicie prywatni, tak jak w Japonii, która jest absolutnym światowym liderem jeśli idzie o kolej. Tutaj pasażerskich przewoźników prywatnych jest najwięcej na świecie, ba, przewozy kolejowe to tylko część ich biznesu.
Dziś model biznesowy prywatnej kolei pasażerskiej w Japonii to centra handlowe i rozrywkowe na każdym większym dworcu, działalność deweloperska wzdłuż własnych nowych linii kolejowych, linie autobusowe dowożące pasażerów na dworce. Nic tak skutecznie nie zapewnia sukcesu przewoźnikowi jak budownictwo mieszkaniowe wzdłuż swoich linii i japońskie koleje weszły w ten rynek, dziś konkurują nie tylko o pasażera, ale i o mieszkańca swoich osiedli. Rola państwa sprowadza się do ustalenia poziomu zysków z działalności przewozowej, którego koleje nie mogą przekroczyć. Jeśli wykorzystują swoją pozycję monopolistyczną, rząd okresowo karze ich obniżką cen ich biletów.
W Japonii udział koeli w ogóle podróży miejskich przekracza w kilku największych miastach 50%.W Warszawie, jak pokazały wyniki ankiet sprzed kilku lat, oscylował on wokół 1 %. Na granicy polsko- niemieckiej udział transportu zbiorowego sięga 2 do 3 %. Zupełnie jak w krajach, gdzie transportu zbiorowego nie ma niemal w ogóle. Polska, nazywana koniem trojańskim USA w Europie, coraz bardziej ma także typowo „amerykański” transport zbiorowy- motoryzacja indywidualna zdominowała wiele regionów, a liczba pojazdów na tysiąc mieszkańców sięga już 500- a więc od tym względem Europę dogoniliśmy. Pod względem transportu zbiorowego- już nie.
Jak będzie kilku przewoźników, to będzie spokój, a pociągi równo co godzinę albo co pół godziny będą śmigać, jak w RFN. Dajmy sobie spokój z PKP, stawiajmy na konkurencję- metodę na najlepszą reformę kolei. Im więcej przewoźników na rynku, tym lepsza oferta. Ta zasada działa także na rynku kolejowym, i to wyśmienicie. Pojedźcie sobie do Szwajcarii (57 przewoźników na rynku) albo do Japonii (146 przewoźników) i zobaczycie do czego prowadzi konkurencja.
Proponuję reformę edukacji, której celem będzie wyeliminowanie obecnych degeneracji polskiego systemu szkolnego. Celem Zielonych jest zmiana systemu polegającego na preferowaniu ucznia jako jednostki na system w którym uczeń jest częścią grupy, mającej wykonać określone zadania. Polskie szkoły nie uczą pracy w teamach, w grupach. Uczą konkurencji między jednostkami, wyścigu szczurów, ale nie uczą współpracy w zespole, tak koniecznej we współczesnym rozwoju społeczeństw. Taki system opóźnia jednostki lepsze, i nie przyspiesza rozwoju jednostek słabszych.
W efekcie, negatywna tendencja niemożności dojścia przez Polaków do konsensusu, znana pod hasłem "gdzie 5 Polaków tam 5 różnych opinii", ulega jeszcze dalszemu pogłębieniu. Analizując jej obecne cechy, wydaje sie że polska edukacja często służy pogłębieniu tzw. "polskich narowów", które zresztą moga być właśnie wynikiem tego sepcyficznego w europejskim kontekście systemu wychowawczego.
Taki system szkolny jest wg mnie nieaktualny. W mojej opinii powinna dominiować praca w grupach, tak jak się teraz pracuje w nowoczesnych firmach. Ponadto praca grupowa pozwala rozwijać tzw. instynkt społeczny jednostek, zamiast prowadzić do ich wyobcowania, jak w tradycyjnym polskim systemie.